BLOGGER TEMPLATES AND TWITTER BACKGROUNDS »

wtorek, 6 kwietnia 2010

Wiadomość

Drodzy Czytelnicy (o ile jeszcze jacyś mi pozostali :P)!
Przepraszam za moją dość długą nieobecność, spowodowaną pilnym wyjazdem.
Od jutra kontynuuję dodawanie rozdziałów.
Pozdrawiam poświątecznie!

piątek, 2 kwietnia 2010

Rozdział 33 - Telefon od przyjaciela

- Tak? To super! Świetnie! Wspaniale! Zaje... Cudownie! Nie mogę się doczekać! - szczebiotał Veingard do telefonu. Skoczkowie spoglądali po sobie z zażenowaniem, Geyr obgryzał paznokcie, a Milka wyglądał, jakby uderzono go czymś ciężkim w głowę.
Wiedział o wszystkim, co robili Ljøkelsund i Pedalsen. Lecz zbytnio się bał, by móc temu zaradzić. Najbardziej martwił się o Andresa Tchibosena, który był dla niego niczym rodzony syn.
- Kto mnie wkurza? Najbardziej Tum Hylde. Ale jak ci opowiem, co Tchibosen zrobił...
Kopytkoski nie wytrzymał.
Zerwał się z miejsca, podszedł do Skretta i wyrwał mu telefon, kończąc połączenie.
Zszokowany Veingard rzucił trenerowi pełne niedowierzania spojrzenie.
- Oddam ci go, kiedy zaczniesz się zachowywać dojrzale - oświadczył Milka.
Skrett miał łzy w oczach.
Nie odzywając się ani słowem, pobiegł do autokarowej łazienki i zatrzasnął za sobą drzwi.
- Ber, poprowadź - nieco drżącym głosem rozkazał trener, siadając na swoim miejscu.
***
Nadszedł wieczór. Ekipa Norwegów dojechała do Einsydel.
Veingard nadal nic nie mówił. Początkowo nikt się tym zbytnio nie przejmował, ponieważ młody Norweg na co dzień nie należał do osób gadatliwych (wyjątkiem były rozmowy telefoniczne). Po pewnym czasie jednak Kent zaniepokoił się trochę i postanowił porozmawiać z kolegą. W tym celu udał się do jego pokoju...
Ber (na którego tym razem padł obowiązek mieszkania ze Skrettem) akurat wyszedł na kolację i skoczkowie mieli pełen spokój.
- Nie martw się - powiedział Gaygnes. - Trenerowi do jutra przejdzie i odda ci komórkę.
Veingard, jak można było się spodziewać, nie odpowiedział. Sprawiał za to wrażenie tak niewinnego i bezbronnego, że Kent musiał, po prostu musiał go przytulić.
Pech chciał, że w tym momencie do pokoju wszedł Ber w towarzystwie Johannesa i Burdala.
- O kurde - oświadczył ten ostatni. - Alem sie zawiesił. Jak... Jak...
- Wisielec? - podpowiedział koledze Ber, po czym wybuchnął śmiechem. Nigdy nie był dobry w panowaniu nad emocjami.
- E, nie - odparł Burdal. - Bardziej jak pranie żem sie zawiesił. Bo one wisi, no nie?
Burdal dołączył do śmiejącego się kolegi, najwyraźniej rozbawiony swoim własnym dowcipem. Natomiast Johannes zachował powagę.
Kent puścił Veingarda i spojrzał na Remsena, na poły wyzywająco, na poły ze wstydem.
- To ja może pójdę do siebie... - oznajmił, po czym pospiesznie opuścił pomieszczenie.
Remsen podążył za nim.
Johannes i Kent zajmowali jeden pokój. Gdy w końcu się w nim znaleźli, zapanowała niezręczna cisza...
***
Milka gdzieś wyszedł i Geyr był sam w pokoju. Jak zwykle w wolnym czasie zajął się przeglądaniem czasopism dla panów. Był wyjątkowo pogrążony w "lekturze", gdy rozległ się dźwięk telefonu.
Dzwoniła leżąca na półce komórka Veingarda.
Asystent Kopytkoskiego postanowił to zignorować, jednak ktoś, kto dzwonił, był bardzo natrętny i nie dawał za wygraną.
W końcu Burdehl odłożył gazetę i sięgnął po telefon. Dzwonił ktoś zapisany jako "S. P.".
- Czego?! - odebrał poirytowany Geyr.
- Yyy? - ciężko było nie rozpoznać tego głosu.
Sygurd Pedalsen.
- No czego pytam się? - warknął Burdehl, starając się możliwie najbardziej zmienić głos.
- Ve... Vein? - spytał głupkowato Pedalsen.
- Nie, Święty Wincenty - odpowiedział Geyr. Czuł mściwą satysfakcję.
- Ale że jak? Pastór? - zdumiał się Sygurd. - To sorry. Do księdzów szacun mam. Nara - po czym zaklął i rozłączył się.
Burdehl roześmiał się, aż łzy poleciały mu z oczu. Udało mu się nabrać tego strasznego Pedalsena!
***
- Kenny...
- Yhm?
- Ty bardzo lubisz Veingarda, no nie? - spytał Johannes.
- Tylko trochę - odpowiedział Kent. - Ciebie lubię bardziej.
- To dobrze - po chwili milczenia rzekł Remsen.
Gaygnesowi zrobiło się ciepło na sercu.



Wybaczcie, że ostatnio piszę trochę rzadziej... Ale przygotowania do matury robią swoje :P

środa, 31 marca 2010

Rozdział 32 - Pogromca

Veingard wyrywał się, miotał, gryzł i uderzał na oślep.
Udało mu się na moment ogłuszyć Amadeusza i zadać kilka celnych ciosów pozostałym Austriakom, ale ci byli silniejsi. Początkowo byli zdumieni, że ktoś tak drobnej budowy jak Skrett może mieć w sobie tyle siły. Szybko jednak pokonali pierwszy szok i zaczęli wykorzystywać swoją przewagę liczebną.
I kiedy już młody Norweg stracił wszelką nadzieję na uwolnienie się z opresji, wydarzyło się coś, co diametralnie zmieniło przebieg sytuacji...
***
- Kto tam? - spytał drżącym głosem Milka.
Nikt nie odpowiedział, za to drzwi otwarły się na oścież i do środka, zataczając się, weszli Tum i Burdal.
- Yjże! - ryknął Burdal. - Co sie patrzy, jakby Veingarda na podium zobaczył?
- B-bu... B-bu... B-Burdal? - wystękał Kopytkoski. Blady był jak płótno.
- Nie, kurde, twoja stara - odparł Burdal, a Tum wybuchnął śmiechem.
- Hahaha! Ale pan ma minę!
- C-co... J-jak... - jąkał się trener.
***
Poirot, Lojc i Abendstern uciekali w popłochu.
Wszyscy trzej byli solidnie poobijani. A to dlatego, że jakiś tajemniczy osobnik w kominiarce przerwał im znęcanie się nad Skrettem.
Veingard spojrzał na swojego wybawcę.
- Dziękuję - szepnął.
Tajemniczy ktoś położył mu rękę na ramieniu.
- Sygurd? To ty? - wyjąkał Veingard.
Osobnik w kominiarce nie odpowiedział, a odwrócił się i po chwili zniknął w ciemności.
***
- A więc nie zginąłeś? - spytał Milka.
- Nie, jak Boga kocham! - odparł Burdal, bijąc się w pierś.
- Ale ty jesteś ateistą - wtrącił Tum.
- Sam se jesteś - odpowiedział Burdal obrażonym tonem. - Sie przezywał bedzie.
***
Tymczasem Kent i Johannes siedzieli sami w pokoju.
Gaygnes jednocześnie kochał takie sytuacje i nienawidził ich.
Bał się, że coś się wyda.
Że Remsen go nie zrozumie.
A może jednak spróbować?
Kent odchrząknął.
- Jo...
- Kenny... - powiedział Johannes w tym samym momencie.
- Mów pierwszy.
- Nie, ty pierwszy.
- Ale ja już zapomniałem, co chciałem powiedzieć - skłamał Gaygnes.
"Nie teraz. Jeszcze nie..." - pomyślał.
***
Następnego dnia skoczkowie udali się do Einsydel na kolejne zawody.
Słońce przypiekało, Veingard kierował autobusem, a pozostali śpiewali wesoło. Ber, za pieniądze wygrane w kolekturze, kupił zapas alkoholu, który Norwegowie zamierzali spożytkować później. Johannes drzemał z głową opartą na ramieniu wniebowziętego tym faktem Kenta. Panowała wręcz sielankowa atmosfera.
W pewnym momencie zadzwonił telefon Skretta. Skoczek zahamował na szlag (czytał kiedyś, że prowadząc, nie wolno rozmawiać przez komórkę i należy wpierw zatrzymać samochód).
- Zwariowałeś? - wykrzyknął Tum, który podczas nagłego hamowania przeleciał przez pół długości autokaru.
- Powiem Ruahowi! - odparł oburzony Veingard. - O, właśnie dzwoni.
W autobusie momentalnie zapadła głęboka, kompletna cisza.
- Halo?
Wszyscy wstrzymali oddech.

poniedziałek, 29 marca 2010

Rozdział 31 - Cierpienia Starego Trenera

Veingard szedł samotnie ulicą.
Zapadał już zmrok, ale skoczek ani myślał wracać do hotelu.
Nie po tym, jak go potraktowano.
Ten bezczelny, zarozumiały Andres Tchibosen naigrawał się z niego, a inni nie raczyli stanąć w jego obronie.
Myślał, że są fajni.
A nawet jeżeli Andres i Ber są zmanierowanymi bubkami, którym do głów uderzyła woda sodowa (a w tym drugim przypadku alkohol), to pozostają przecież Johannes i Kent...
A jeśli i oni są przeciwko niemu?
A jeśli, co gorsza, Kent zdradził komuś jego tajemnicę?
Skrett poczuł, że nie ma dla niego miejsca w kadrze.
Ale przecież nie może, po prostu nie może wrócić do Pucharu Kontynentalnego!
W końcu ma ku temu ważne powody...
Powody, o których z obecnych w Courvechel wiedzą tylko Kent Gaygnes i on sam.
***
- Burdal, jak to było z tymi Szwajcarami? - spytał Tum, opierając się wygodnie o nagrobek. - Bardzo bolało, jak cię zabijali?
- Choby wcale - odparł Burdal, a następnie zaczął opowieść. - Jak weszłem do tego ich pokoju, to Szammann na łóżku se leżał, a ten drugi grał w jakiego gejboja czy tam na komórce. I udawały, że mie nie widzom, wiewióry skubane. Żem nie wiedział co gadać, bo języków nie znam. To żem im pokazał.
- I wtedy cię zastrzelili? - zapytał Hylde.
- Nie, jeszcze nie. Wtedy wstał ten drugi i też mi pokazał. I coś tam fanzolił, to żem mu po naszemu powiedział, że ma małego. Bo ma. Wtedy ten Szammann strzelbe wziął i strzelił. Ale ma zeza, to w sufit trafił. Ale nie chciał żem mu zabawy psuć, to żem udał zabitego... I takem se leżał, jak zdechły jaki. A oni mie na śmietnik położyli.
- Czyli... Ty żyjesz?! - zdumiał się Tum.
- A pewno, że żyje. Sie takim dupkom żołędnym ubić nie dam!
***
- Kogo my tu mamy?!
Veingard Hauka Skrett zatrzymał się jak wryty. Serce biło mu przerażająco szybko i głośno.
Axel Poirot wpatrywał się w niego z żądzą krwi w oczach.
Po bokach austriackiego trenera stali Tomas Abendstern i Amadeusz Lojc. Wszyscy trzej sprawiali wrażenie lekko wstawionych.
- Hihihi, mały Veingard - wybełkotał Abendi. - Nowy mistrz!
Austriacy wybuchnęli pijackim rechotem.
- Trenerze, skopmy mu tyłek, prooooszę! - powiedział Tomas.
- Dobra, skopmy! - zgodził się Axel.
Veingard stał jak zamurowany. Był zbyt przerażony, by wykonać jakikolwiek ruch...
***
Milka Kopytkoski posępnie wpatrywał się w przestrzeń za oknem. Czuł jakiś dziwny ból w sercu...
Nigdy zbytnio nie przepadał za Andresem Burdalem. Ot, skoczek. Zawsze był. Trener traktował go prawie jak element otoczenia.
Dopiero teraz odczuł, jak bardzo mu tego elementu brakuje.
Szwajcarzy przed policją wyparli się wszystkiego i oczywiście nie zostali aresztowani. Milka podejrzewał, że Szammann zapłacił sporą łapówkę...
Ale nawet, gdyby Szammann i Kitaj ponieśli karę, to nie wróciłoby życia Burdalowi. Kopytkoski miał wyrzuty sumienia, że najpierw wyrzucił go z kadry, a potem kazał mu być przedskoczkiem...
W oczach trener Norwegów zalśniły łzy.
W tym samym momencie rozległo się łomotanie do drzwi.


SONDA
Co stanie sie z Veingardem?

poturbuje Austriakow i spokojnie odejdzie
ucieknie
Austriacy pobija go i porzuca
pomoga mu koledzy
uratuje go tajemniczy Superbohater
pomoze mu policja

niedziela, 28 marca 2010

Rozdział 30 - Odnalezienie Burdala

- A siedź sobie tam, kapusiu!
Andres Tchibosen prezentował istny taniec przed kontenerem, do którego wpadł Veingard. Podskakiwał, pokazywał język, a nawet - śpiewał:
- Mały Veingard wpadł do kubła, cóż za wielka strata! Już mu Ruah nie pomoże, nie pomoże tata!
Tymczasem Skrett nadal wrzeszczał:
- Aaaaaaaa! Wyciągnijcie mnie stąd! AAAAA!
Milka westchnął teatralnie, po czym podszedł do pojemnika i pomógł wyjść Skrettowi.
Ten otrzepał się z pyłu, jednak mimo to był cały umorusany.
- Jesteś u Sygurda! - krzyknął, celując palcem w Andresa.
Następnie odszedł, kopiąc do każdego napotkanego po drodze kamienia.
- Głupi liliput - mruknął Tchibosen.
- Odezwał się ten wielki - odparł z niechęcią Ber.
- No co się czepiasz?!
- A to, że teraz szanowny kolega Pedalsen powyrywa nam wszystkim nogi z wiadomej części ciała - powiedział Rumrumrum ponuro.
***
Tum i Anderas siedzieli na cmentarzu.
Na jakiejś płycie nagrobkowej ułożyli butelkę i kieliszki.
Mieli szukać zwłok Burdala, ale najwyraźniej o tym zapomnieli...
- Ja si mówieee, to do-bry kumpel był - bełotał Hylde.
- Jaaaa... - odparł Wanker.
- Niech mu ziemia letkom bedzie...
***
- Tutaj go nie ma! - zawołał Milka do któregoś z policjantów. - Wiewióry zwyczajnie zrobiły nas w bambuko...
- Na to wygląda - odrzekł funkcjonariusz. - Pewnie pozbyli się zwłok, żeby ukryć dowody swojej winy.
- Wy tylko "zwłoki" i "zwłoki"! - zawołał rozdzierająco Kent. - A to takie beznamiętne!
- Faktycznie, "trup" brzmi o wiele lepiej niż "zwłoki" - stwierdził Kopytkoski. - Zwał jak zwał, w każdym razie nadal tego nie znaleźliśmy.
***
Sygurd Pedalsen przypominał nieco King-Konga.
Był może nieco bardziej owłosiony. Miał nieproporcjonalnie długie ręce i twarz, której wyraz świadczył o tym, iż jej posiadacz nie należy do elity intelektualnej norweskiego społeczeństwa.
Ów skoczek uświadomił sobie właśnie, iż od wolności dzieli go tylko kilka dni.
Wypuszczą go z więzienia.
A drugi raz już nie da się zamknąć.
Sygurd snuł plany o tym, co zrobi, gdy już będzie wolny.
Były to bardzo złowieszcze plany...
***
Tum Hylde drzemał na płycie nagrobnej. Co jakiś czas odzyskiwał przytomność, pociągał kilka łyków wódki i ponownie zasypiał.
Natomiast Anderas Wanker wpatrywał się tępo w jakiś punkt w oddali.
Norweg i Niemiec urżnęli się niczym przysłowiowe świnie.
Wtem...
- Hehe, moge sie dosiednąć?
Hylde otrząsnął się z letargu.
Drżąc, podniósł głowę. Zobaczył przed sobą Andresa Burdala.
- Co sie tak gapisz jak rzyć w kibel? - spytał Burdal.
- Za dużo wypiłem - stwierdził Tum, po czym dodał w myślach: "Zdarzało mi się widzieć białe myszki, a nawet krasnoludki, jeśli Skrett był akurat w pobliżu... Ale duchy? Chyba zapiłem się na śmierć...".
- Siadaj, brachu - powiedział Hylde.
- Duuuuuuuuuuuuuuuuch! - wrzasnął Anderas Wanker, po czym ukośnym biegiem skierował się w stronę cmentarnej bramy. - Duuuuuuuuuuuch!
- Co jest? - zdumiał się Burdal. - Przecież żem mu nie pokazywał...





Nie mam pomysłu na sondę ;P

sobota, 27 marca 2010

Rozdział 29 - Poszukiwania

Skoczkowie norwescy i ich trener siedzieli na stołówce. Większość z nich czuła się komfortowo. Po raz pierwszy, od kiedy przybyli do Courvechel, nie podano im ślimaków ani żab. Na dodatek Kent wyszedł już ze szpitala. Przy stole brakowało jedynie...
- A gdzie Tum i Burdal? - spytał Andres Tchibosen.
Nikt nie udzielił mu odpowiedzi, bowiem nikt nie wiedział.
Natomiast przy sąsiednim stole prowadzona była dość głośna rozmowa.
- Hyhyhy, aleśmy go załatwili, co nie, Szymek? Aleśmy go załatwili! - przechwalał się Andi Kitaj.
- Eee, wkręcacie nas - odparł czeski skoczek, Jakob Honda.
- Wcale, że nie! Hyhyhy, Szymek, powiedz im!
- Hyhyhy...
- O kim oni mówią? - spytał Ber.
- Kto ich tam wie - burknął Milka.
***
- Nie żartuję! Musisz mi uwierzyć! - wołał roztrzęsiony Tum.
- Ale nie rozumiem, czemu Szammann i Kitaj mieliby zabijać Burdala - odparł z powątpiewaniem Anderas Wanker.
- Czemu, czemu - mruknął Hylde. - Ja też bym go czasem chętnie ubił...
- No to powinieneś się cieszyć - powiedział tępo Wanker.
- Błagam, pomóż mi znaleźć jego ciało! To był mój przyjacieeeeel! - zawył Norweg.
- Dobrze - po chwili zgodził się Anderas. - Ale jeśli robisz sobie ze mnie jaja, skopię ci tyłek. Umowa stoi?
***
- Masz Kenny mielonkę, jedz! - Ber machał Gaygnesowi szynką przed nosem.
- Nigdy w życiu!
- Ojojoj, dlaczego? - Rumrumrum zrobił zatroskaną minę.
- Bo nie! Sam sobie to żryj!
- No jakbym Burdala słyszał - rzekł Ber obrażonym tonem.
- A co wy tacy weseli? - do Norwegów podszedł Jakob Honda. - Gdyby to się przytrafiło Antoniemu na przykład, to cała kadra nosiłaby żałobę!
- Ale co się "przytrafiło"? - zapytał Milka.
- To pan nic nie wie?! - zdumiał się Czech.
- Jak widać nie.
- Szwajcarzy wam skoczka załatwili! - rzekł Honda teatralnym szeptem.
- Że Burdala zabili? To już słyszałem, wymyśl coś nowego - powiedział znudzony Kopytkoski.
- Kiedy to prawda! Szammann go rozstrzelał!
Milka pobladł.
Przypomniał sobie, że tego dnia istotnie słyszał coś w rodzaju wystrzału z karabinu maszynowego...
***
- Gdzie ukryliście ciało?! - spytał Milka. Widać było, że za chwilę utraci cierpliwość.
- Hyhyhy, Szymek, ty powiedz...
- Nie. Hyhyhy, ty powiedz.
- No więc, hyhyhy... Schowaliśmy je na śmietniku, na tyłach hotelu. Sprytnie, co nie? Hyhyhy...
W tym momencie do pokoju Szwajcarów weszło czterech policjantów. Chcieli zakuć w kajdanki Szammanna i Kitaja, lecz ci oznajmili:
- Ale my jesteśmy, hyhyhy, niewinni!
***
- Hmm, pomyślmy... - mruczał pod nosem Anderas. - Tum, a gdybyś ty kogoś zamordował, to gdzie byś ukrył ciało? - spytał Niemiec.
Tum zrobił minę, która chyba tylko jemu mogła się wydawać inteligentna.
- Na cmentarzu, nie?
- Myślisz, że Szwajcarzy pochowaliby Burdala?
- Nie wiem, ale pytałeś, co ja bym zrobił, to ci powiedziałem - odparł Hylde, wzruszając ramionami.
Wanker napełnił kieliszki.
- No to za Burdala.
- Zdrowie nieboszczyka!
***
- Aaaaa!
- Co, do...
Okazało się, że Veingard trochę za bardzo się przechylił i wpadł do wielkiego kontenera, w którym miał nadzieję znaleźć zwłoki Burdala.
- Wyciągnijcie mnie! - wrzeszczał Skrett. - Powiem Ruahowi! Powiem Sygurdowi, powiem... Aaaaa!


SONDA
Kto znajdzie Burdala?

Tum i Anderas
Milka i spolka
policja
Georg Schizenzauer
Veingard
nikt

piątek, 26 marca 2010

Rozdział 28 - Zbrodnia

Tum Hylde i Andres Burdal stali przed drzwiami pokoju Szwajcarów.
- No, to wchodź - Tum zwrócił się do kolegi.
- Dobra, niech ci bedzie - Burdal machnął ręką i wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Tum roześmiał się.
Po chwili na korytarzu zapanowała cisza.
Niepokojąca cisza.
Wtem rozległa się salwa z karabinu maszynowego i szaleńcze "Hyhyhy!".
Przerażony Tum przylgnął do ściany. Z kilku pokojów wyjrzeli ludzie.
- Co tu się stało? - spytał Anderas Wanker.
- Huh... Nie wiem - odparł drżącym głosem Hylde.
- Aha.
Wkrótce wszyscy ciekawscy zniknęli i Tum został sam.
Był przerażony.
A co, jeśli Burdal zginął?
Przez niego...
Nagle drzwi pokoju Szwajcarów rozwarły się lekko. Wyjrzał z nich Andi Kitaj. Rozejrzał się po korytarzu i nie dostrzegając przyczajonego przy ścianie Tuma, rzekł:
- Hyhyhy, Szymek, droga wolna!
Obaj Szwajcarzy wyszli pospiesznie z pokoju. Każdy z nich trzymał jedną nogę Andresa Burdala. Wlekli go przez korytarz, aż w końcu zniknęli z pola widzenia Tuma.
***
- Panie trenerze! Trenerze! Kopytkoskiiiii! - Tum wbiegł do pokoju swojego szkoleniowca.
- Tumie, czy mógłbyś zamilknąć? Odbywam bowiem właśnie ważną rozmowę - odparł Milka rzeczowym tonem.
Dopiero teraz Hylde dostrzegł, iż w pokoju znajduje się nie kto inny, a... Georg Schizenzauer!
- A co on tu robi?! - burknął Tum niegrzecznie.
- Otóż, ów miły, młody mężczyzna - w tym momencie Tum wybuchnął śmiechem - przyszedł poskarżyć się na twoje i kolegi Burdala zachowanie.
- Jak to? - śmiertelnie zdziwił się Norwreg.
- Ten wspaniały młodzieniec twierdzi, iż nie chcieliście go wpuścić na siłownię.
- My?! - Tum otwarł szeroko oczy, mrugnął parę razy i pociągnął nosem. - Ten... Jak to szło? O! Ten wspaniały młodzieniec musi się mylić.
- Widzisz, Georgu - oznajmił Milka. - Musiało ci się coś pomylić.
- Nie! Nie! Nie! - Schizi trzy razy tupnął nogą, po czym splunął i wybiegł z pomieszczenia.
- Strasznie rozwydrzona ta kadra Poirota - mruknął Milka. - A ty co chciałeś, Tum?
- Panie trenerze... Szwajcarzy zabili Burdala i szli gdzieś ukryć ciało!
- Tak, tak, świetny żart - odparł beztrosko Kopytkoski. - Długo nad tym myślałeś?
- Nie! - krzyknął Tum. - To znaczy... Ja prawdę mówię!
- Takie kity, to możesz wciskać Axelowi - oświadczył trener. - A teraz łaskawie opuść to miejsce. Chciałbym się zdrzemnąć.
Tum nawet nie zauważył, jak Milka wypchnął go z pokoju i zamknął mu drzwi przed nosem.
Hylde kilka razy uderzył w nie, wrzeszcząc. Jednak trener nie zareagował.
Za to z pokoju obok wyszedł Hannah Lesbisto, podszedł do Norwega i uderzył go w głowę drewnianą laską.
- Pogrzało cię, staruchu?
- Co?!
- Pogrzało cię, staruchu?!
- CO?!
- BURDALA ZABILI!
- Chłopcze, ja już na to za stary jestem. Gdzie mnie tam do burdelu... - burknął Hannah, po czym dodał nieco ciszej. - No ale fakt, czasem człowiek by sobie pofiglował...
Następnie stary Fin jeszcze raz zdzierżył Hyldego laską i odszedł, mrucząc coś pod nosem.







NIE MAM CZASU NA SONDĘ, PRZEPRASZAM.